wtorek, 8 października 2013

Rozdział I - Ranek

Nad miasteczkiem Làtere dopiero wzeszło słońce. Opustoszałe ulice wydawały się teraz jakby nieco szersze, a kolorowe kamienice jakby poblakły. W porcie statki lekko dryfowały po wzburzonym morzu. Do lądu zaś przywiązanie były grubymi linami. Wszystko zastygło w milczeniu. Niekiedy słychać było jedynie ciche pomrukiwanie jakiegoś bezdomnego kota włóczącego się samotnie po starych, krętych uliczkach miasteczka. Przez okna do kamienic wleciały już pierwsze promienie słońca i rozjaśniły malutkie mieszkanka. To jednak nie przeszkodziło mieszkańcom, więc dalej przewracając się z boku na bok  zalegali w swych łóżkach przykryci od stóp do głów grubymi pierzynami. Można by przypuszczać, że życie uleciało ze zwykle zatłoczonego i gwarnego miasteczka Làtere, jednak wtedy usłyszelibyście dwa kobiece głosy rozprawiające na jakiś temat. Owe rozmowy dochodziły z kuchni pobliskiego sierocińca dla chłopców, w którym to zaczyna się nasza opowieść. Prowadziły go z wielkim zaangażowaniem siostry zakonne z miejscowego klasztoru.
"Wśród obowiązków związanych z ich powołaniem znalazły jeszcze czas dla tych biedaczków, oj dobrze, że są jeszcze na tym świecie tacy dobrzy ludzie" - rozprawiały często przekupki na targu, gdy jeden z podopiecznych wysłany przez siostrę Emilię kupował u nich warzywa i owoce. Niekiedy, aby pokazać ich poniekąd dobre serca ofiarowywały im wale zbożowe lub pałki lukrecjowe obdarzając ich tym samym szerokim, choć nieco sztucznym uśmiechem.
"Nie jestem pewna, czy mleka wystarczy dla wszystkich" - oświadczył jeden głos
"Och, z pewnością!" - odpowiedział drugi, nieco niższy
Siostry zakonne Anna i Emilia wyszły ze spiżarni i zasiadły do stołu. Przez chwilę wpatrywały się w siebie nawzajem, jakby szukając na coś odpowiedzi po czym Anna przemówiła i w tej samej chwili utkwiła wzrok w jakimś martwym punkcie znajdującym się gdzieś daleko przed nią.
-Emilio martwie się o Jakuba, wydaje mi się lub nie, ale chyba ciężko mu pogodzić mu się z tą sytuacją, biedaczek, ma dopiero siedem lat, a tyle strasznych rzeczy w życiu go już spotkało. W dodatku nie mam pojęcia jak mu pomóc.
-O to się nie martw, już nasze chłopaki się nim zajmą - odpowiedziała i uśmiechnęła się do siostry Anny, która odwzajemniła uśmiech.
Chwilę później do maleńkiej kuchni wbiegł najmłodszy podopieczny sióstr, mały, siedmioletni Jakub. Chłopiec o wielkich błękitnych oczach i zawsze rozczochranej czuprynie. Odwaga i braterstwo, te cechy cenił sobie najbardziej. Był miły i grzeczny, a uśmiech nie opuszczał go nawet na krok. Chłopiec gotów był pocieszyć nawet nieznajomego jeśli widział w jego oczach choć  odrobinę smutku lub żalu. Potrafił znaleźć pozytywy w każdej sytuacji i zapalić światło nawet w najciemniejszych aspektach życia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz