czwartek, 10 października 2013

Rozdział II - Wafle zbożowe

-Już nie śpisz Jakubie? - zapytała siostra Anna. 
-Nie, to znaczy obudziłem się godzinę temu i próbowałem zasnąć, ale nie mogłem, bo on strasznie chrapie. - odpowiedział Jakub i ziewnął na całego, później uśmiechnął się do sióstr i zasiadł do stołu.
-Kto chrapie? - dopytywała się siostra.
-Jak to kto, Tony - odpowiedział i ziewnął raz jeszcze.
-Chyba troszkę przesadzasz - wtrąciła siostra Emilia, która przysłuchiwała się całej tej rozmowie.
-Nie, słowo daję, chrapie tak, że aż się ściany trzęsą, obawiam się, że którejś nocy runie cały sierociniec! 
-No już dobrze, dobrze, może rzeczywiście troszkę...
-Troszkę!, chyba
-Jakubie - przerwała mu siostra Anna.
-A teraz proszę cię idź obudź chłopców, śniadanie z dziesięć minut - powiedziała Emilia swym zwyczajnym, łagodnym tonem i obrzuciła go ciepłym spojrzeniem.
-A właściwie co jest na śniadanie? Już wiem...może....hmmm....wafle! - krzyknął.
-ni... -  próbowała odpowiedzieć jedna z sióstr, ale nie zdążyła, ponieważ Jakub był szybszy.
-A może pałki lukrecjowe?...albo...albo kromki z dżemem brzoskwiniowy, nie, już wiem ciasto, tak ciasto z kruszonką, a może...
-Jakubie! -  krzyknęły naraz obydwie siostry.
-Nie ciasto? - zapytał mały.
-Nie! A teraz proszę idź obudź resztę...no już, na górę - rzuciła siostra Anna.
Chłopiec zwrócił się więc w stronę siostry Emilii szukając u niej zrozumienia, ale i ona podzielała to samo zdanie.Tak więc mały ruszył ku sypialni chłopców ze spuszczoną głową, a uśmiech znikł z jego twarzy, zastąpiła go natomiast pewna gama rozczarowania.

                                                                                 *

-Wstawajcie kamraci, wstawajcie! Dobijamy do lądu, panowie widzę ląd! - krzyczał mały.

-Jaki ląd, co ty mówisz? - powiedział jeszcze na wpół śpiący Tony. Daj mi spać, przez ciebie nigdy się nie wyśpię.
Tony, to znaczy Anthony był to pucołowaty chłopiec, który przypominał nieco pączka z marmoladą, zawsze zarumieniony i uśmiechnięty nieustannie coś zajadał, mimo to miał wielu przyjaciół, a chłopaków z sierocińca traktował jak braci, właściwie była to taka rodzinka. Zawsze zwarci i gotowi stawić czoła swojemu nieprzyjacielowi, kamraci jak się patrzy.
-Chłopaki wstawajcie, wstawajcie - ponaglał ich Jakub. No dalej, złazić z łóżek.
Jednak żaden z nich nie zwracał uwagi na małego, który dalej krzyczał, tupał, a nawet udawał obrażonego. Znali go za dobrze i wiedzieli, że zawsze uśmiechnięty od ucha do ucha chłopiec chociażby jak udawał nie potrafi się na nich obrazić, nie o coś tak nieważnego, o taką błahostkę.
I gdy już miał się poddać i zejść na dół, aby w towarzystwie siostry Anny i Emilii zjeść śniadanie. Wpadł na pomysł, tak świetny, że sam pogratulował sobie go w myślach. Stanął na środku niewielkiej sypialni i powiedział jakby od niechcenia
-No trudno, sam będę musiał zjeść te wszystkie PYSZNE,CHRUPKIE WAFLE Z KONFITURAMI BRZOSKWINIOWYMI, eh niech wam będzie, dla dobra sprawy, poświęcę się.
I właśnie w tej chwili wszystkie dwanaście głów zwróciło się w jego kierunku, nie minęło nawet pięć sekund........rozpoczął się wyścig. Chłopcy wypadli z łóżek i z szybkością światła zaczęli krzątać się po pokoju w poszukiwaniu czystych skarpet. Później szybko zbiegli na dół schodami, rozpychając się na boki. Wszyscy podekscytowani, z rozczochranymi włosami i skarpetkami nie do pary wbiegli do maleńkiej kuchni  rozglądając się dokoła. Wzrokiem wypatrywali oczywiście wafli. Ze spiżarni wyszły siostra Anna i Emilia z tym samym wyrazem zaskoczenia, a nawet...przerażenia na twarzy. 
-Gdzie wafle? Gdzie konfitury brzoskwiniowe?! - wydyszał na w pół żywy Tony 
siostra Emilia zachichotała
-No właśnie, gdzie wafle?! - parsknęła reszta, zwracając się w stronę małego.
-Naprawdę nie wiem jaki jest powód waszego nadzwyczaj dziwnego zachowania i czemu za wszelką cenę chcecie zepsuć mój dobry humor, ale ostrzegam, że jeżeli jeszcze raz dzisiaj ktoś wspomni w tym domu o waflach możecie zapomnieć o kolacji, zrozumiano!? -  wystrzeliła jak z armaty siostra Anna i muskając habitem o drewnianą podłogę wyszła z kuchni. Nikt się już nie odezwał. Z groźnym wyrazem twarzy, dalej wpatrując się w małego, usiedli przy stole na starych, twardych ławach i zabrali się do jedzenia owsianki. No cóż o waflach mogli już tylko pomarzyć.

                                                                                 *

-Przepraszam, j..ja..napra...prawdę nie chcia...chciałem - mówił  mały cały zalany łzami.
-No już dobrze młody uspokój się, najlepszym się zdarza" - Edi uśmiechnął się i podał koledze chusteczkę.
Jakub wysmarkał głośno nos i wciąż popłakując przytulił się do przyjaciół, którzy szybko zapomnieli o incydencie sprzed paru minut. Później każdy pochwycił grzebień, a gdy byli już uczesani, w miarę poprawnie powymieniali się swoimi skarpetami, tak aby każdy odzyskał obydwie tego samego koloru. Następnie zeszli na dół ubrali swoje szare, nieco podarte płaszcze, które zarząd miejski, na czele z burmistrzem panem         Disaccordo ofiarował siostrom zakonnym na Boże Narodzenie. Włożyli swoje zwyczajne niebieskie gumowce i pomaszerowali gęsiego w stronę drzwi. Na progu zaskoczyła ich jednak siostra Emilia i wręczając im listę zakupów obdarzyła ich tym samym promiennym uśmiechem
-Bądźcie grzeczni chłopcy i żebym nie musiała się za was wstydzić - dodała po chwili, po czym zniknęła im  sprzed oczu. Szli więc dalej, wyszli na podwórko, przeszli pod ogromną żelazną bramą, którą zwykli nazywać "Bramą tysiąca snów" i znaleźli się na ulicy "Czterech zasłużonych". Dwadzieścia metrów dalej skręcili w prawo, obeszli dookoła najbrzydszą kamienicę w miasteczku, a po dwóch minutach marszu znaleźli się na targu. Głośne rozmowy i gwar charakterystyczny dla tego miejsca posłyszeć można było już z daleka. Rynek wyglądał jak zwykle o tej porze, było kolorowo, a w powietrzu unosiła się woń sprzedawanych tu produktów. Czuć było różnego rodzaju przyprawy; kardamon, pieprz, bazylię, świeże ryby, które rybacy przynieśli na targ zaraz po porannym połowie w zatoce "Santo Benon", a także owoce i warzywa. Miła atmosfera dawała się we znaki wszystkim mieszkańcom, którzy z samego ranka ruszyli na targ. Obok nich na stoisku z rybami miły pan z wąsami pakował właśnie dorsza w brązowy papier, po czym wręczył go dość srogo wyglądającej kobiecie. 
-Jak tam chłopaki? Siostra Anna jeszcze z wami nie zwariowała? - odezwał się nagle i zarechotał, a jego długie wąsy zaczęły drgać.  
-Jeszcze nie, chociaż dzisiaj było blisko - wymamrotał nieco ciszej niż zwykle Jakub
-Może dorsza?
-Nie, dziękujemy, my tu dzisiaj w innej sprawie - odpowiedział Tom i żegnając się z nim odeszli.
Zbliżyli się pewnym krokiem do stoiska pewnej tęgiej pni, która pierwsza podjęła rozmowę
-To co zwykle chłopcy? A może wafelka"?
Chłopcy aż podskoczyli, samo słowo przynaglało na myśl wspomnienia minionego ranka, jednak pokusa była zbyt silna.
-Oh, z chęcią - prawie krzyknął Tony
Kobieta o imieniu Rosalette podała każdemu po waflu i uśmiechnęła się serdecznie
-Właściwie to potrzebujemy 6  jabłek, cynamonu i, hmmm...czego potrzebujemy jeszcze? - zapytał Tom Franka, który w zaciśniętej mocno ręce trzymał jaką kartkę.
-Cukru! - odpowiedział zerkając na skrawek papieru na którym widniały jakieś małe literki, napisane nieco koślawie.
-Już się robi! - powiedziała żwawo Rosalette i podała chłopcom składniki.
-Poczekajcie chwilkę, muszę skoczyć po cukier - dodała i zniknęła im sprzed oczu, wróciła po chwili z paczuszką cukru białego i dokładką wafli zbożowych.

Przepraszam, że na rozdział drugi musieliście czekać  tak długo, mam jednak nadzieję, że wam się spodoba. Następne rozdziały postaram się dodać troszkę szybciej.

wtorek, 8 października 2013

Rozdział I - Ranek

Nad miasteczkiem Làtere dopiero wzeszło słońce. Opustoszałe ulice wydawały się teraz jakby nieco szersze, a kolorowe kamienice jakby poblakły. W porcie statki lekko dryfowały po wzburzonym morzu. Do lądu zaś przywiązanie były grubymi linami. Wszystko zastygło w milczeniu. Niekiedy słychać było jedynie ciche pomrukiwanie jakiegoś bezdomnego kota włóczącego się samotnie po starych, krętych uliczkach miasteczka. Przez okna do kamienic wleciały już pierwsze promienie słońca i rozjaśniły malutkie mieszkanka. To jednak nie przeszkodziło mieszkańcom, więc dalej przewracając się z boku na bok  zalegali w swych łóżkach przykryci od stóp do głów grubymi pierzynami. Można by przypuszczać, że życie uleciało ze zwykle zatłoczonego i gwarnego miasteczka Làtere, jednak wtedy usłyszelibyście dwa kobiece głosy rozprawiające na jakiś temat. Owe rozmowy dochodziły z kuchni pobliskiego sierocińca dla chłopców, w którym to zaczyna się nasza opowieść. Prowadziły go z wielkim zaangażowaniem siostry zakonne z miejscowego klasztoru.
"Wśród obowiązków związanych z ich powołaniem znalazły jeszcze czas dla tych biedaczków, oj dobrze, że są jeszcze na tym świecie tacy dobrzy ludzie" - rozprawiały często przekupki na targu, gdy jeden z podopiecznych wysłany przez siostrę Emilię kupował u nich warzywa i owoce. Niekiedy, aby pokazać ich poniekąd dobre serca ofiarowywały im wale zbożowe lub pałki lukrecjowe obdarzając ich tym samym szerokim, choć nieco sztucznym uśmiechem.
"Nie jestem pewna, czy mleka wystarczy dla wszystkich" - oświadczył jeden głos
"Och, z pewnością!" - odpowiedział drugi, nieco niższy
Siostry zakonne Anna i Emilia wyszły ze spiżarni i zasiadły do stołu. Przez chwilę wpatrywały się w siebie nawzajem, jakby szukając na coś odpowiedzi po czym Anna przemówiła i w tej samej chwili utkwiła wzrok w jakimś martwym punkcie znajdującym się gdzieś daleko przed nią.
-Emilio martwie się o Jakuba, wydaje mi się lub nie, ale chyba ciężko mu pogodzić mu się z tą sytuacją, biedaczek, ma dopiero siedem lat, a tyle strasznych rzeczy w życiu go już spotkało. W dodatku nie mam pojęcia jak mu pomóc.
-O to się nie martw, już nasze chłopaki się nim zajmą - odpowiedziała i uśmiechnęła się do siostry Anny, która odwzajemniła uśmiech.
Chwilę później do maleńkiej kuchni wbiegł najmłodszy podopieczny sióstr, mały, siedmioletni Jakub. Chłopiec o wielkich błękitnych oczach i zawsze rozczochranej czuprynie. Odwaga i braterstwo, te cechy cenił sobie najbardziej. Był miły i grzeczny, a uśmiech nie opuszczał go nawet na krok. Chłopiec gotów był pocieszyć nawet nieznajomego jeśli widział w jego oczach choć  odrobinę smutku lub żalu. Potrafił znaleźć pozytywy w każdej sytuacji i zapalić światło nawet w najciemniejszych aspektach życia.

Skąd pomysł na bloga?

Odkąd pamiętam zawsze lubiłam pisać opowiadania, o różnych tematykach. Niedawno pomyślałam, że warto stworzyć coś na nieco większą skalę. Mam nadzieję, że mój blog wam się spodoba. Zapraszam do czytania. Ps. Komentarze mile widziane :)